RSS
poniedziałek, 29 lutego 2016

Wczoraj w DD TVN była mowa o wyżej wymienionym filmie, przeprowadzono rozmowę z reżyserem o polskich korzeniach (dziadkowie są Polakami) i podano informację, że film walczy o tytuł najlepszego filmu roku. To wszystko mnie zainteresowało, szczególnie polskie korzenie reżysera i postanowiłam, że wieczorem go obejrzę. Tak też uczyniłam.Film opowiada historię kobiety więzionej w pokoju od siedmiu lat. Ma synka, który w wieku 5 lat dowiaduje się, że pokój nie jest całym światem. Dotychczas uważał, że jest pokój, a za nim jedynie kosmos. Nie ma ludzi, to wszystko iluzja, ludzie w tv nie są prawdziwi, tylko "zrobieni z kolorów". Informacja od mamy- szalenie dzielnej kobiety, wywraca jego świat do gry nogami, krzyczy na mamę, nie chce wiedzieć o wizji innego świata niż ten, który zna całe życie. Ich los trwa niezmiennie, porywacz odwiedza ich i dostarcza rzeczy najpotrzebniejsze do życia, co sprawia, że mieszkają tam, gotują, prowadzą niby normalne życie codzienne- poza faktem, że mały nie wie, że jest coś poza nim....Po obejrzeniu zwiastunu nie jest tajemnicą, że dzięki sprytowi matki uwolnili się stamtąd. I wiecie co? Tak naprawdę dopiero wtedy zaczyna się ich cierpienie, ich osobiste piekło, każdego z nich z osobna i razem, w ogromnym bólu i niewiedzy, jak należy się zachować. Co szokuje widza najbardziej?Gdy mały Jack pyta, już po uwolnieniu, czy mogą wrócić do POKOJU.....bo tam mieli siebie, czas nie był rozdzielany na tak wiele miejsc, byli BLIŻEJ i BARDZIEJ, żyło im się ŁATWIEJ... i to jest ten moment, w którym nie da się powstrzymać płynących z oczu łez, bo rozdzierający ból w środku, żal tego dziecka...to wszystko jest nie do opanowania i nie do opisania jednocześnie. Dla niego TAM był świat i tam było dobrze, w sam raz, tam było tak, jak nauczył się, że powinno być, tymczasem przed nim było tak wiele wyzwań, tak wiele nowych rzeczy, normalne zabawki i całkiem inne relacje i nagle okazało się, że inni ludzie też istnieją...Szczerze polecam, film bardzo poruszający, wciągający, nie chce się oderwać wzroku od ekranu nawet na chwilę, jeżeli macie wolny moment- bez wahania włączcie POKÓJ, bo naprawdę warto i jestem pewna, że to film tak uniwersalny, ze każdy się nim zachwyci, bez względu na wiek i płeć....Gra aktorska na najwyższym poziomie, główna aktorka już dostała Oskara, według mnie należał się nie tylko jej, choć zasłużyła na niego jak najbardziej, ale ten chłopiec...to prawdziwy popis umiejętności i dojrzałości aktorskiej, co szalenie zaskakuje i pozwala zapomnieć, ze to tylko film, a nie, ze jesteśmy świadkami rzeczywistej historii...Polecam i zapraszam do obejrzenia.A może ktoś z Was już to widział? Jak wrażenia?


czwartek, 04 lutego 2016

Czy wiecie, że jazda konna niesie za sobą szereg korzyści, zwłaszcza dla dzieci? Jest pomocna dla dzieci z autyzmem, z ADHD, zwiększa spokój u dziecka. Jedną ze szczególnych zalet jest pomoc w przypadku...zatwardzeń! Gdy dziecko jedzie i przejmuje rytm chodu konia, kołysze się, jelita poruszają się i wspomagają wypróżnianie. Konie "uratowały życie" mojej córce, więc sprawdzone! Wiedzieliście o tym, że koń może pomóc terapeutycznie i w przypadku problemów z jelitami? :)

Jazda konna- jakie są zalety? Oczywiście nie da się zliczyć wszystkich, ale m.in.:

- wzmacnianie mięśni

- nawyk prawidłowej postawy

- spacery na koniu polecane są osobom z cukrzycą, nerwicą, chorobami ciśnienia czy spadkami odporności lub osłabionymi mięśniami

- uczy empatii, kontaktu, zaufania, dlatego warto posłać na terapię dzieci z autyzmem

- poprawa perystaltyki jelit.

Ale też wiele innych. Nauka odpowiedzialności. 

Moja córka jeździła mając niecałe 2,5 roku, na normalnym koniu, momentami od drugiej jazdy sama, nie na lonży. Radziła sobie świetnie, jednak po ok. 2-3 latach uznała, że już chodzić nie będzie. Nie zmuszę jej, to jej życie, jej decyzje i jej wybory. Syn jest teraz w takim wieku, w jakim mała zaczęła jeździć i chce iśc na konia....może to będzie jego pasja?

Na zdjęciu córka...w wieku ok. 3 lat.

jazda konna

środa, 03 lutego 2016

Można dziś przeczytać na wp.pl, jakie mogą czekać nas wzrosty rat kredytu hipotecznego, co dotyczy zarówno walutowego, jak i w złotówkach. Wiąże się to ze wzrostem WIBOR, a najgorszy ze scenariuszy ma być wprowadzony w życie już w lipcu 2017. Rata może wzrosnąć nawet o 900 zł. Czyli ktoś, kto płaci teraz dajmy na to 600 zł kredytu, może spłacać nawet 1500 zł. To kolosalna różnica. 

Czyli dajmy na to dopłacą mi 500 zł do drugiego dziecka, ale kredyt podniosą o 900 zł, wiec i tak 400 zł jestem stratna, zatem nie otrzymuję w rzeczywiśtosci żadnej pomocy.
W przypadku "modelowego" kredytu na poziomie WIBOR 3 M 1,65% i kwocie 1322 zł, w przypadku prognozowanego "podskoczenia" WIBOR na poziom 15% kwota tego samego kredytu wyniesie ponad 4 tys. zł! 
Czyli nic, tylko kłaść się do grobu. Albo sprzedawać swoje wdzięki na szosie....
Już przy prognozowanym na najbliższy czas WIBOR 3M na poziom 6,5%, kwota wzrośnie (przy tym "modelowym" kredycie") o prawie 800 zł. Paranoja? A jak! Nie wyobrażam sobie, jak to ma wyglądać. 
Strach się bać!

Fakt, że są to dość pesymistyczne założenia i nie musi być aż tak źle. A Wy, co myślicie na ten temat?

Korzystałam z artykułu wp.pl

http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kredyty-mieszkaniowe-w-zlotych-tez-sa,240,0,2006512.html

wtorek, 02 lutego 2016

U mojej córki w szkole został założony domofon. Teraz dzieci mogą tylko same wchodzić do szkoły. Rodzic, jeśli ma jakiś "interes" do pedagoga, logopedy lub wychowawcy może wejść na dyżurkę i prosić o "przepustkę". Nie wiem, jak wyglądają ów przepustki, ale wiem, że pani z dyżurki wówczas ją "wydaje"- musi to być więc jakiś dokument. Wszystko fajnie, dzieci wchodzą same, to minimalizuje ryzyko porwań, chodzenia po szkole obcych osób, ewentualnych pedofili (chociaż czy my nie jesteśmy traktowani jako potencjalni przestępcy?). Wczoraj z panią dyżurującą wdałam się w dyskusję- coś mówiła przez domofon, ale weszłam do szkoły. Usłyszałam, ze rodzice mają ZAKAZ wchodzenia do budynku. Wszystko fajnie, ale co, jeśli będzie mróz, ulewa lub inne niesprzyjające warunki atmosferyczne? Dyrekcji, a już szczególnie pani dyżurującej nie przekonuje to, że wiele z nas, matek, przychodzi jeszcze z młodszym dzieckiem. Wiele z nich z noworodkami. I jak wtedy? Mają marznąć i moknąć z maluszkami?

Ale pal licho. 
Wczoraj akurat moją córkę odbierał dziadek. Zadzwonił do mnie spanikowany. "Słuchaj, ty wiesz, co tu się dzieje?! My nawet nie możemy wejść do przedsionka!"- przedsionek nie jest jeszcze jako tako terenem szkoły, tam znajduje się domofon- "Dzieci wychodzą, nas tu jest masa, jeden wielki płacz, bo one nie widzą swoich rodziców! Bałagan! Większosć płacze i idzie nie wiadomo gdzie, bo nie widzą nikogo od siebie!".
Uspokajałam tatę, choć we mnie niepokój wzrastał. Spora część tych dzieci ma jeszcze 6 lat, przecież jak wyjdą, to nikt nawet nie zauważy, że poszły same i to nie wiadomo gdzie. Pomijam fakt, ze 7-letnie dziecko może do domu wracać....zupełnie samo.
Wiec jak to jest? Bezpieczeństwo na terenie szkoły poziom HARD, ale jak już wyjdą ze szkoły, to nie ich sprawa? Przecież to kwestia kilku dni, jak któreś się oddali, bo nikogo nie znajdzie. Może dotrze do domu, a może nie. Kto to wie? A szkoła umywa ręce. Nie uważacie, że to skrajna ignorancja, bezmyślność i brak wyobraźni ze strony dyrekcji?

Mój maż już zwracał uwagę na to wychowawczyni, we wtorek za tydzień mam zebranie, poruszę temat, ale chyba będę musiała zebrać rodziców i udać się do dyrekcji. To jest oczywiście "testowe rozwiązanie". Znów testowe. Jak ów ustawa o 6-latkach, przez którą cierpią moje dzieci wspólnie.

Wystosowałam do dyrekcji maila w następującej treści:

"Witam serdecznie, 

zwracam się do Państwa ja personalnie, jednak w imieniu niemalże wszystkich rodziców, ponieważ jesteśmy wzburzeni aktualną sytuacją w filii. My, rodzice, ale też dziadkowie, nie możemy wejść do budynku szkoły. Wątpliwości w zakresie tego rozwiązania były już zgłaszane do poszczególnych wychowawców, jednakże niestety bezskutecznie.
Rozumiemy doskonale, że mają Państwo na uwadze bezpieczeństwo Naszych dzieci, ale proszę zwrócić uwagę również na inne aspekty tego rozwiązania. O ile zrozumiałe jest wpuszczanie samego dziecka do szkoły, żeby nie robić zbędnego zamieszania, o tyle niezrozumiałe jest odbieranie dzieci PRZED budynkiem. Wczoraj była sytuacja, w której jeden z ojców chciał odebrać dziecko ze świetlicy, jednak NIE został wysłuchany przez ów domofon i pani odpowiedziała, że "Nie ma takiej możliwości". Czy więc problemem będzie nawet odebranie dziecka ze świetlicy? Nasze wątpliwości dotyczyły głównie tego, że czy deszcz, czy mróz, my mamy stać przed szkołą. Proszę zważyć na fakt, ze wiele z nas przychodzi z młodszymi dziećmi, niejednokrotnie są to niemowlęta. Jak ma być rozwiązana taka sytuacja?
Jednak i to nie stanowi głównego problemu. Dzieci są zdezorientowane, wychodzą, napotykając na tłum opiekunów, nie widzą własnych rodziców (czy dziadków) i płaczą. Płacz i strach towarzyszyły wczoraj większości dzieciom. Niemożliwość znalezienia swojego bliskiego również. Zdenerwowane były dzieci, zdenerwowani byliśmy my wszyscy. Dziecko wychodzi ze szkoły i NIKT nie wie, co się z nim dalej dzieje. O ile w szatni była jakaś kontrola nad tą sytuacją, o tyle teraz dziecko idzie, może się oddalić, pójść w nieznanym kierunku i po prostu przepaść jak kamień w wodę. Czy zatem bezpieczeństwo na terenie szkoły, podczas zajęć lekcyjnych jest priorytetem, ale bezpieczeństwo dziecka po opuszczeniu budynku to już kwestia drugorzędna? Wiele tych dzieci ma jeszcze 6 lat i nie może wracać samo do domu (z resztą 90% dzieci 7-letnich też nie wraca samo), obowiązują teoretycznie upoważnienia do odbioru dla ich bezpieczeństwa, jednak nie jest to egzekwowane, a nawet zaniedbane? Naprawdę, NASZYM zdaniem tak to nie może wyglądać. To wszystko nie prowadzi do niczego dobrego. Przede wszystkim dziecko nie powinno samo opuszczać terenu szkoły, a do tego w tej chwili dochodzi. Czy powinno temu towarzyszyć tyle nerwów? Czy rozwiązanie z odbieraniem w szatni było złe? Nie spełniało funkcji? Nikt nie chodził po szkole, czekaliśmy w szatni, jak zostało nam to przedstawione, chyba nic złego się nie stało.
Proszę o przemyślenie tego rozwiązania i rzeczywistej poprawy bezpieczeństwa naszych dzieci, bo obecne rozwiązanie jest naprawdę wadliwe i nawet niebezpieczne. "

 

Jak uważacie, czy to coś pomoże? Czy macie podobne przypadki?