RSS
piątek, 14 listopada 2014

Siedzę z komputerem na kolanach. Syn śpi, córka w szkole. 

Zastanawiam się, czy dobrze wychowuję swoje dzieci. Niedługo święta, chciałabym stworzyć magiczny nastrój, ale zupełnie nie wiem, od czego zacząć, macie jakieś propozycje?

Cieszę się, że moje dzieci wierzą w Gwiazdora. Co roku przychodzi, bierze ich na kolana i córka mówi jakiś wierszyk. Stresuje się bardzo, ale potem jest szczęśliwa, że Święty Mikołaj odwiedził ją osobiście. Że znalazł dla Niej czas. 

Włączam jej Polarny Express i Małpiszon i Gwiazdka, by wprowadzić świąteczny nastrój, ale to bajki przeznaczone na grudzień. Kupiłam książkę z 24 opowieściami na każdy dzień grudnia aż do samej Wigilii Bożego Narodzenia, na którą przeznaczone jest specjalne opowiadanie.

Nie kupuję kalendarza adwentowego, bo nie chcę córce codziennie fundować dawki czekolady, a kalendarze do samodzielnego wypełnienia różnymi pierdółkami wydają mi się bez sensu, potem te pierdółki fruwają po całym domu i zasilają tylko zasób śmieci domowych.

Zawieszę lampki przy kuchennej futrynie, żeby wieczorem był magiczny nastrój, ale to dopiero po 6 grudnia. Na 6 grudnia mam już dla dzieci prezenty, tego dnia idziemy też z nimi do parku zabaw, żeby się wyszalały cały dzień i spędzimy wspólnie ten magiczny dzień.

Lubię ten czas. Z drugiej strony nie lubię tego zimna. Wstając codziennie z córką i idąc do szkoły jeszcze nie jest aż tak źle, ale z dnia na dzień zimniej, a potem aż boję się wystawić nos za drzwi...ale trzeba będzie.

niedziela, 09 listopada 2014

 

 

Mamusie, mogłabym Was poprosić o oddanie głosu na mojego szkraba w konkursie Bobovity?

https://www.bobovita.pl/home/klub/galeria/87779

 

Dziękujemy!!!

08:38, matkapolka88
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 listopada 2014

No więc, powiedzcie, jak żywić dziecko?

Młodszy ma rok z kawałkiem. Rozwija się niesamowicie. Ma prawie wszystkie zęby, nie tylko chodzi, ale nawet biega, na spacerku też szaleje już samodzielnie. Z jedzeniem większych problemów nie mamy. Lubi kaszki, ziemniaczki, paróweczki, ostatnio przemycam mu pomidorka. Zupę pomidorową z ryżem je, krupniczek też. Tylko, że wybiórczo. Jednego dnia zje wszystko, kolejnego nie chce nic ruszyć. Jednego dnia zje 6 paróweczek, kolejnego nimi pluje. Jeszcze następnego wcina, aż się uszy trzęsą.

Kiedyś przy córce wyczytałam, że u dzieci liczy się jedzenie w tygodniach. jeżeli je przez 3 dni za pięciu, a przez kolejne 3 nie rusza prawie nic, to jest ok, bo liczy się bilans tygodniowy. Chyba rzeczywiście tak jest, moje dzieci mają takie "zrywy", w których jedzą tyle, że nie nadążam. Licząc tygodniowo to, co zjedzą, jestem bardzo zadowolona. Ale która mama odczuwa spokój widząc, jak biega za dzieckiem, a ono zaciska usta i koniec? Ja takich dni nie lubię. uwielbiam patrzeć, jak jedzą ze smakiem, aż widzę, jak rosną. Przecież są tak ruchliwi, że i tak cały nadmiar zaraz gubią.

Z córką takich problemów nie ma. Co jakiś czas przemycam jej masło na chlebek zamiast margaryny. Zdrowsze według jego zwolenników, zbyt tłuste według przeciwników, na pewno ma sporo wartości odżywczych, ale też szkodliwy tłuszcz, dlatego kupuję raz na 2-3 miesiące kostkę masła i wtedy dostaje chlebek do szkoły z masłem. A co, zaszkodzić, nie zaszkodzi, a jak ma pomóc, to proszę bardzo.

Do picia- młodszemu Bobofruty lub woda. Starszej- woda lub herbatka. Albo woda z syropem malinowym Łowicza. Więc ani zdrowo, ani niezdrowo. Nie przesadzajmy, jak nie teraz, to za kilka lat i tak będą mieli styczność z niezdrowym jedzeniem. To "niezdrowe" i tak dociera do nich w powietrzu. W tym, co dostają w szkole. W mleku, które nie jest wcale zdrowe. Nie ma co przesadzać i chuchać na dziecko, bo potem wychodzą z tego alergicy. A cukrzyca, nadwaga, depresja i choroby psychiczne stały się chorobami cywilizacyjnymi, na które wcale nie żywienie ma największy wpływ, ale szybkie tempo życia i stres, czyli nasi nieodłączni przyjaciele obecnych czasów. Nie dmucham na dzieci aż tak, żeby wykluczyć całkiem cukier, sól, konserwanty. Musiałabym wszystko sama gotować i wyrabiać, łącznie z wędlinami i chlebem, żeby mieć pewność. A potem pójdą do szkoły i się zatrują "normalnym" jedzeniem. Nie wyrządzajmy naszym dzieciom krzywdy w przekonaniu, że działamy w ich obronie i dbamy jak najlepiej potrafimy. 

Drażnią mnie matki biegnące ze smoczkiem upadłym na ziemię pod wodę, najlepiej pod wrzątek. Kiedy to dziecko ma mieć stycznoćć z bakteriami? Ile będziecie to dziecko tak chronić? Ile dacie radę? 5 lat, do zerówki? Potem w szkole dostaną chlebek, dostaną mleko czy warzywa, których i tak nie myją, tylko jedzą jak leci. I co wtedy będzie z Waszym dzieckiem? Problemy żołądkowe. Oby tylko. Alergie, wstyd i nieszczęście. Ciekawe, jak Wy, Drogie Mamy, byście się czuły w grupie rówieśników, nie znając smaku "normalnego" jedzenia, nie mogąc niczego zjeść, co nie pochodzi z "mamusinej" kuchni, bo zaraz pojawiają się problemy....

No, to się trochę rozpisałam, i to wcale nie na zamierzony temat...ale cóż, przynajmniej wyrzuciłam z siebie to, co mi na sercu leży.

Odrobina ZDROWEGO rozsądku.

niedziela, 02 listopada 2014

Jestem pod wrażeniem filmu "Nad życie", biograficznego filmu o Agacie Mróz...ależ w nim emocji, smutku, strachu, ale też wiary i pewności siebie. Nie zamierzam jednak pisać recenzji filmu, ponieważ kto widział, wie, co mam na myśli, co czuję, a kto nie widział- jeżeli zechce, obejrzy. I nie pożałuje.

Film uświadamia nam, jak wiele mamy i jak niewiele doceniamy na co dzień. Gdy patrzę na t moje dwa szkraby, które kręcą się pod nogami, gdy patrzę w te ufne spojrzenia błękitnych oczu, gdy jestem ich skarbnicą wiedzy, gdy pytają i słuchają, kiedy im o czymś opowiadam...o rzeczach codziennych, banalnych, jednak dla nich tak nowych, świeżych, niesamowitych... Uświadamiam sobie wtedy, że mam dwa największe skarby w życiu- dwa maleńkie życia, które pokładają we mnie nadzieję, które chcą dzielić ze mną swoje radości i smutki, które rano wszkrabują nam się do łózka, by dać po dwa buziaki każdemu z rodziców i iść dalej się wspólnie bawić...Mimo tak dużej różnicy bawią się razem. Ale naprawdę razem, nie każde z osobna, potrafią bawić się wspólnie. Gdy widzę, jak pędzą do mnie, by usiąść na kolanach i przytulić się do mojej szyi i czuję ciepło ich oddechu i widzę, że już im lepiej...tylko dlatego, że są przy Mamie... Niesamowite jest to uczucie. Obezwładniająca miłość, ogromna nadzieja, bezgraniczna odpowiedzialność...Kocham ich nad życie i wiem, że za każde z nich oddałabym wszystko. Patrząc na nich wiem, że gdybym znalazła się w sytuacji Agaty Mróz, moja decyzja byłaby taka sama. Nie wiadomo, ile jej życia zostało, ale to dziecko życie dopiero zaczynało. Wiele lat jest przed jej córeczką. Wiem, że też dałabym nowe życie, zamiast walczyć o swoje, i tak kruche. To była prawidłowa decyzja. I nie- nie jest to unieszczęśliwianie dziecka, bo zostało mu jeszcze coś ogromnego- miłość Taty. Oczywiście, że to dużo. Że wystarczy. Żeby dziecko było naprawdę szczęśliwe, nie jest ważne czy wychowuje je jeden rodzic, czy oboje. Ważne, czy ten rodzic je słucha, wspiera, kocha nad życie i naprawdę czuje, że jest spełniony, potrzebny i czuje instynkt rodzicielski, który jest niezbędny dla osiągnięcia pełni szczęścia z tego rodzicielstwa. Czasem jest tak, że nie od razu ten instynkt się czuje. Czasem potrzeba czasu. Ale jeżeli nie budzi się on u rodzica w takim czy innym czasie, nie ma szans na sukces. Wtedy dziecko nie będzie maksymalnie kochane, maksymalnie słuchane, maksymalnie zadbane i szczęśliwe. I nieważne, czy ma jednego rodzica, czy oboje- jeżeli nie czują tego instynktu, nic z tego nie będzie.

 

Agata była szczęśliwa, bo zostawiła swojemu ukochanemu mężowi największy skarb, jaki można w życiu osiągnąć- upragnione, ukochane dziecko. Wiedziała, że zostawia dwie najukochańsze dla siebie osoby, mogła mieć pewność, że taką samą miłością obdarzą siebie nawzajem. 

 

Patrzę wiec w te błękitne, wielkie ślepka dwójki moich dzieci i chce mi się krzyczeć, wrzeszczeć z radości na cały głos, chce mi się płakać i gryźć z miłości i spełnienia, bo nie wiem, jak inaczej wyrazić te uczucia. Wyrażam je codziennie bliskością, dbałością i miłością w stosunku do moich dzieci i męża, ale tych uczuć jest tak wiele, że wciąż są sprężone w niesamowitej ilosci w moim ciele, w mojej duszy.

I nie czuję się dziwną matką, gdy nie mam ochoty na imprezy i chodzenie po znajomych. mamy swój azyl- nasz dom. DOM pełen miłości. Jeżeli mam ochotę- zapraszamy znajomych, ale wiem, że dzieci idą o stałej porze spać we własnych łóżeczkach. Mam świadomość, że są bezpieczne i spokojne, bo wiedzą, gdzie są i, że jesteśmy tuż za ścianą. Może to dziwne, ale nie potrafiłabym wyjść na imprezę i zostawić je z kimkolwiek. Po prostu, nie mogę nacieszyć się ich widokiem i to jest absolutnie niezależne ode mnie. Uwielbiam budzić się ze swiadomością, że są tuż obok, że zaraz przybiegną z uśmiechem dać mi całusa. 

To jest największy skarb i największa tajemnica życia- zdobyć taką miłość, by wypełniała nas od wewnątrz.

 

Agata była w moim wieku.....

poniedziałek, 29 września 2014

Dziś za sprawą mojej córki szklanka (nic, że moja ulubiona, wysoka do kawy z ekspresu) sprawdzała, czy potrafi latać, a za sprawą mojego syna kaktus sprawdzał, czy w ziemi ma nóżki..... Z tego wszystkiego żaba (taka ceramiczna, na patyku, do kwiatka) straciła głowę.... Odkurzacz dziś po prostu fruwał po mieszkaniu. 

Widzę, że teraz nastaje etap zrzucania, ściągania i zabierania wszystkiego co możliwe.

Stąd apel do rodziców takich maluchów: zabezpieczajcie wszystko, zabierzcie rzeczy z parapetu, które Wasza pociecha może ściągnąć, zmieńcie na jakiś czas obrus (moze serweta Wam się sprawdzi?), a nade wszystko: strzeżcie dziecko przed kuchnią. Dzieci nie wiedzą, że jak wsadzą rękę w gaz albo przytulą się do rozgrzanego piekarnika, to coś im się stanie....nie wiedzą, że szklana pokrywka garnka to bardziej niebezpieczeństwo niż fajna zabawka. Że szklanka nie może latać, a talerz nie może działać jak ten od perkusji....

Pilnujcie swoje pociechy, odsuwajcie szklanki z gorącymi napojami daleko lub wysoko, bo blizna po takim poparzeniu zostaje na całe życie.

piątek, 26 września 2014

Wiele osób pyta o to, jak należy wychować dziecko.

Nie ma czegoś takiego jak norma wychowania. Jak szablon, według którego należy postępować.

Tak, jak dzieci są różne, tak metody wychowania stosowane w stosunku do nich powinny być zróżnicowane. Tymczasem jedna matka pyta 20-stu innych co ma zrobić np. z buntem dwulatka. Nie ma jednej odpowiedzi!!! Nie ma, bo dzieci tych 20 kobiet są inne niż dziecko tej matki pytającej. Tamte poradziły sobie w taki czy inny sposób, ale nie mówione, że zadziała to w przypadku naszego dziecka. Pewnie, że można próbować, tylko po co eksperymentować na własnym dziecku przysparzając mu przy tym dezorientacji i niechęci do postępów?

Najważniejsza jest konsekwencja od początku, ale nie za wszelką cenę, może dziecko nie płacze, bo chce coś wymusić, tylko zwraca uwagę swojej mamy, która go wciąż zbywa, zajmując się swoimi sprawami?

Mamy, dlaczego siedząc w domu robicie wszystko dla siebie: ćwiczycie, czytacie książki i Bóg wie co jeszcze, a nie korzystacie z tych chwil, żeby spędzić je wspólnie ze swoją pociechą? WSPOLNIE. Nie obok siebie, a jak Wy zajmujecie się sobą, a dziecko sobą, to to jest OBOK. Zwróćcie uwagę na swoje dziecko, bo zaraz okaże się, że wcale go nie znacie. Nic o nim nie wiecie. A zaraz nie będzie miało dla Was czasu. Ani ochoty z Wami rozmawiać, bo nauczycie je ignorowania drugiej osoby, bo przecież KAŻDY SOBIE....to chyba jest klucz do wychowania.

sobota, 23 sierpnia 2014

Pytam się Was dziś- co jest normą, a co już wykracza poza nią?

Moje dziecko goniło dziś gołębie...kurczę, nie wiem, jak dla Was, ale jak się znam, a pedagogikę ukończyłam również, to jest to całkiem naturalne zachowanie dzieci, za gołębiami ganiali nasi rodzice i dziadkowie....dziecko po prostu musi biegać, a jeżeli może gonić coś żywego, tym lepiej, czy nie jest tak? To naturalna potrzeba ruchu, bo nie powiem, że potrzeba polowania, pozostałość po naszych przodkach...więc nie zagalopowujmy się aż tak. Ale fakt faktem, że pogoń za ptakami to u dzieci normalka, jak, powiedzmy, siusianie w pieluchę.

A wiec, gdy moje dziecko goni (niewinnie, chciałoby się powiedzieć) gołębie, słyszę z okna rozdzierający głos:

- Czego gonisz te gołębie!!!!

NIe było to ani zwrócenie uwagi, ani tym bardziej pouczenie, a już na pewno nie prośba. Krzyk okropny, karcący...tylko za co?

Musiałam się odezwać, więc pytam się:

- A to jakiś problem?

- Tak, problem!!!!!- słyszę niezwykle przekonujący argument i już wszystko rozumiem, bo nie ma to jak dyskusja z człowiekiem elokwentnym, który przedstawia argumenty, racjonalne w dodatku, wypunktowane i usprawiedliwione, zamiast agresywnych zaczepek. Odpowiadam więc (odkrzykuję właściwie, bo ów kobieta schowana była w domu, nie chcąc się ujawnić):

- To raczej naturalne zachowanie dzieci!

- Dzieci trzeba wychowywać!!!- słyszę znów, ani to poparte przykładami, ani adekwatne do sytuacji, ale cierpliwość mi się kończy, więc odkrzykuję zupełnie niekulturalnie i bez kontroli, ale chyba należycie...

- Żeby potem wyrosły takie, jak pani???!!!

Zamilkła....

Dobrze, że zamilkła, bo doprowadziła mnie do szewskiej pasji. Żeby jeszcze mieć jakies argumenty. Jak jej ulubione koty podwórkowe gonią te same gołębie, to wszystko jest w porządku i bez zarzutu, natomiast jeżeli dziecko spróbuje za nimi pobiec....to trzeba ściąć mu głowę, co najmniej.

Nie rozumiem takich ludzi. Nie rozumiem tych babć naszych tutejszych, podwórkowych, sztuk dwie...karmią koty, ale nie podkarmiają, tylko je tuczą nieziemsko, schodzą dawać im zupę pomidorową i puszki średnio 5 razy dziennie, twierdząc uparcie, że karmią je, bo one im szczury z piwnicy zjadają....

Paranoja.

Cóż, życzę Wam mniej babć mocherowych w swoich blokach, mniej ludzi, którzy cenią bardziej koty niż sąsiadów. Kiedyś usłyszałam z takim samym krzykiem, że :

ZWIERZĘTA TRZEBA KOCHAĆ!!!!!!!!!

Zapytałam więc: A co z ludźmi?....

Cóż, najwyraźniej ludzi trzeba tępić, a zwierzątka tuczyć i wtedy jest się dobrym człowiekiem.



czwartek, 21 sierpnia 2014

Jak nauczyc dzieci wartości, etyki w czasach zakłamania, podejrzliwości i nienawiści?

Dziś łatwiej wyzwać obcą osobę, nazwać ją oszustem, oskarżyć o szereg innych rzeczy niż spróbować ją poznać. Jednak, żeby spróbować taką osobę poznać, trzeba najpierw chcieć. I w chęci jest największy problem. Przecież każdy z nas uważa się za najlepszego, najmądrzejszego i najpiękniejszego, niby czego mógłby nas nauczyć kontakt z drugą osobą, zwłaszcza taką, której się od razu nie obdarzyło sympatią? Ludzie są podli. Nie ważą na uczucia innych. Nie zastanawiają się, czy zranią kogoś, czy nie. Nie myślą o tym, bo liczy się tylko własne JA. Po co myśleć o innych, przecież to wymaga TAAAKIEGO wysiłku...i jak w takim świecie nauczyć dziecko podstawowych wartości: zaufania, wiary, miłości do bliźniego...książki nie nauczą tego wszystkiego. Ale sami ludzie też nie dadzą rady, bo sami żyją w zakłamaniu.

Mnie na szczęście takie rzeczy już nie bolą. Żyję sama sobie i swojej rodzinie, nie przejmując się złośliwościami pochodzącymi z zewnątrz. Ale trzeba pamiętać, że wielu innych ludzi takie rzeczy mocno bolą. 

Trzeba mocno się napracować, żeby nauczyć dzieci tego, czego wielu z nas nie posiada....

 

Pzdr dla dwóch niewiernych, ale o niewiernym Tomaszu to w innym poście.... ::)

 

I na koniec wiersz ukochanego Jana Twardowskiego, nie wymagający komentarza: 

 

Być nie zauważonym by spotkać się z Tobą 
nie czytanym zbytecznym 
właśnie byle jakim 
przekreślonym do końca nonszalancją ręki 
aromatem nie mocnym jeszcze nie poznanym 
tuż pomiędzy goździkiem pieprzem i migdałem 
fotografią nieważną bo niedokąpaną 
liryzmem co się siebie coraz więcej wstydzi 
książką którą się kładzie wciąż jedną na drugiej
jabłkiem po gruszce zawsze trochę kwaśnym 
rakiem trzymanym w koszu z pokrzywami 
włosami co odchodzą jak myszy po cichu 
szczygłem co chciał przyfrunąć lecz umarł wysoko 
z ogonem tak leciutkim że ponad rozpaczą 
biedronką zapomnianą gdy przechodzą żuki 
świętym któremu w czas remontu utrącono głowę 
niech będzie niewidzialnym skoro stał się dobrym 
wtorek, 19 sierpnia 2014

Przeczytałam dziś, że jest podejrzenie wystąpienia wirusa Ebola w Niemczech. Wszystko by się zgadzało, bo kobieta, której dotyczy podejrzenie, niedawno wróciła z Afryki.

Naturalna selekcja? Swoisty koniec świata? Jeżeli dojdzie to do innych rozwijających się krajów, wirus obejmie zaraz cała Europę, a potem i świat. 

Przypominam sobie, jak z zacięciem czytałam w liceum Dżumę. Dobra książka, choć fakty przerażające. I doktor, który niósł pomoc mimo wszystko. Dziś już takich lekarzy nie ma, nikt się nie poświęci na rzecz zwykłych, szarych ludzi, biednych czy na dorobku, ale też tych z zasobnym portfelem. Wygrają ci, którzy we własnym domu stworzą sobie izolatkę i przeczekają zbiorowe zabójstwo wirusa. Naturalna selekcja, koniec świata przewidziany na 2012 rok. Opóźnienie o rawie dwa lata. Ale czy wyobrażamy sobie inny koniec świata?

NIe powiecie mi chyba, że zlecą z kosmosu zielone ludziki, które spowodują zagłade i wywleką nas w kosmos. 

Nie wierzę też w teorię o zombie i innych masakrach.

Jeżeli nadejdzie koniec świata, to zaczyna on się dziać właśnie dziś. Wysokie rozwinięcie gospodarcze, doskonały i szybki transport w każdy zakątek świata, a do tego globalne ocieplenie. Tylko taki koniec świata może nas czekać. Do tego znieczulica i mamy komplet.

Wirusy rozprzestrzeniają się coraz szybciej, dzięki wspaniałemu wysoko rozwiniętemu światu. W czasach dżumy wirus miał mniejsze szanse na rozprzestrzenienie się na cały kontynent, bo zwyczajnie trudniej było się przemieszczać. Zniesienie granic, szybka kolej, szerokodostępne samoloty, awionetki, coraz tańsze oferty lotów, to wszystko skłania nas ku końcowi. Co oczywiście nie oznacza, że mielibyśmy zostać w czasach oświecenia po dzień dzisiejszy. Ale za większymi możliwościami powinna iść w parze większa zapobiegliwość, profilaktyka i MYŚLENIE. A władz myślących to my nie mamy. Przecież jeśli w Afryce szaleje Ebola, a ktoś stamtąd wrócił, trzeba go wziąć pod lupę, a  nie wzruszyć ramionami i "niech się dzieje, co chce". Z tą kobietą w budynku jest 600 osób, potencjalnie juz zarażonych. Odizolują ich, nie wyleczą, więc będzie powszechna wykańczalnia, ale wkrótce zbuntują się i uciekną, jak uciekinierzy w Afryce. A wtedy całe Niemcy i Europa będą pod jedną, wielką zagładą.

Dzięki wspaniałym dezodorantom i innym świństwom w aerozolach dochodzi do szybko postępującego ocieplenia klimatu, a stąd biorą się tornada, roztapianie się gór lodowych, wichury, burze i inne kataklizmy, zmasowane powodzie. Kto jeszcze kilkanaście lat temu spodziewałby się tornada w Polsce? Dziś przecież jest to już niemal powszechne zjawisko atmosferyczne. W każdym razie nikogo nie dziwi na tyle, żeby robić ochy i achy.

Świat skłania się ku końcowi. Wojna na Ukrainie nabiera tempa, a Putin przecież "tylko wysyła pomoc humanitarną". Jak nie wykończy nas ebola, to wojna, która błyskawicznie do nas dojdzie, bo Putinowi Polska od dawna nie leży. Pewnie od zawsze. A to zawsze okazja do powiększenia swojego terytorium i zdobycia uznania narodu. Jak Mesjasz, bo chyba nim Putin się czuje. Jak nie wojna i Putin (bo chyba nie wierzycie, że w naszej obronie wspaniale i bohatersko stanie UE, NATO czy oddana nam wielce Ameryka???), to wkrótce pogoda tak sie rozszaleje, że w końcu żywioły naturalne przeprowadzą ową naturalną selekcję.

A my? No cóż, wystarczy założyć ręce i czekać.

Z wirusem nie wygramy.

Na wojnę nasze pokolenie (na Boga, nasz kraj!!!) nie jest gotowe.

A żywioły zrobią swoje, bo nad siłami natury nie damy rady zapanować.

W każdym razie, lepiej już nie będzie. Oby nie było gorzej.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Przyszło dziś moje zamówienie ze Smyka.

Zasypuję ostatnio swoje dzieci książkami. Uważam, że nie tylko mogą, nie tylko powinny, ale wręcz mają obowiązek znać klasykę literatury.

Ostatnio córka, która w tym roku idzie do zerówki, słuchała Pinokio. Nie okrojoną wersję na kilka stron, tylko całą książkę w oryginale. 122 strony przyjemności. Mojej też, ale córka była zachwycona. Pinokio podbił jej serce.

Dziś dostała Lokomotywę, Rzepkę i Ptasie Radio. Tę pierwszą czytałam jej już w tym roku nad morzem, spodobało jej się, teraz również. Rzepka ją rozśmieszyła. Wydanie takie, jakie sama miałam w dzieciństwie, a które gdzieś się zapodziało. Miło było znów trzymać je w rękach waz ze wspaniałymi ilustracjami Marcina Szancery. Powrót do dzieciństwa.

Klasyka doskonale buduje wzorce zachowań u dzieci. Uczą się z tych dzieł jak żyć, a to wszystko w metaforyczny, skierowany typowo do malutkich odbiorców sposób. 

Pinokio był pajacykiem, a potem "spadł w hierarchii" do osiołka, bo był niegrzeczny. Przecież tylko grzeczne pajacyki stają się dziećmi. Małej wystarczy powiedzieć "teraz jesteś pajacykiem, bądź dziewczynką", by od razu stała się grzeczna, co przedtem było wręcz niemożliwe. Klasyka wychowuje, uczy i bawi jednocześnie.

NIe twierdzę, że nowe bajki nie sa wartościowe, co to, to nie.

Nie niosą chyba jednak takiego przekazu jak klasyka. Nie w taki pośredni, wspaniały i podświadomie natychmiast rozumiany przez dzieci sposób.

Czeka na nas na półce Alicja w Krainie Czarów. Kto z nas nie pamięta tej uroczej, ciekawskiej, niegrzecznej dziewczynki? Jej ciekawość i nieprzestrzeganie zasad zaprowadziło ją w kłopoty, a to wszystko okazuje się magnetyzującym snem. Biały królik....ile z nas siedziało na lekcji patrząc w okno i myśląc o przysłowiowych niebieskich migdałach? To tak, jakby iśc za białym królikiem. Oddać się swojej fantazji. Dzieci przecież fantazję mają niesamowitą. A Alicja W Krainie Czarów mimo, iż nie posiada zbyt wielu ilustracji, doskonale rozbudza dziecięcą wyobraźnię. Dziecko widzi tę historią na swój sposób, ilustracje nie są niezbędne.

Na półce czeka też Tajemniczy Ogród, nasz nowy, najświeższy nabytek. Kto nie szukał w lesie Tajemniczego Ogrodu? Każdy swojego, ale jednak. Nie dośc, że czarodziejska opowieść, to jeszcze wpływając na wrażliwość dziecka. Choroba, przyjaźń i radość w ogrodzie....to wszystko sprawia, że do tej pozycji chce się wrócić, a przede wszystkim chce się ją pokazać własnym dzieciom...

W kolejce też Dzieci z Bullerbyn...pozycja nie wymagająca komentarza. Chyba ulubiona książka każdego- dorosłego- człowieka :)

Klasyka zawsze kończy się morałem, który dziecko rozumie bez problemu i w sposób prawidłowy. Pinokio morały ma w dosłownie co drugim zdaniu. Warto usiąść z dzieckiem, przy pięknie ilustrowanym wydaniu i przekazaćto, co najpiękniejsze w literaturze.

To poważny krok w wychowaniu. W tworzeniu wrażliwości.

Każdy z nas musi wyrzeźbić własne dziecko jak najlepiej potrafi, jak Dżepetto Pinokia.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9