RSS
piątek, 05 grudnia 2014

Dziś zabrałam sie za kaczkę. A właściwie już wczoraj.

Zmieszałam dużą łyżkę miodu z olejem, czosnkiem (ok. 4 ząbki pokrojone w kosteczkę), majerankiem i odrobiną przyprawy do drobiu po myśliwsku (można spokojnie jej nie dodawać) i rozsmarowałam na kaczce.

Poczekała sobie w lodówce do dziś. 

Dziś włożyłam w nią kawałek selera, wielką pietruszkę, dwie marchewki, kawałek pora i 4 ząbki czosnku. Zalałam winem (ok. 0,5 szklanki) i do piekarnika, marsz!

Obok niej położyłam ząbek czosnku i marchewkę.

W piekarniku, w zamkniętej brytfannie leżała 2 godziny. Po tym czasie odsłoniłam pokrywę i piekłam az do efektu złocistej skórki, ok. pół godziny. I gotowe.

A jakie smaczne!!!

składniki:

kaczka tuszka bez podrobów

łyżka miodu

0,5 szklanki wina do zalania

2-3 łyżki majeranku

główka czosnku

seler

pietruszka

3 marchewki

kawałek pora (ok. 10 cm)

olej (ok. 5 łyżek, najzdrowszy jest rzepakowy, może być też oliwa, żeby było bardziej prozdrowotnie)

 

Czas przygotowania: 2,5- 3 godziny + marynowanie(niekonieczne, jeżeli komuś spieszno ;) )

oto efekt:

darmowy hosting obrazków

sobota, 22 listopada 2014

Lepiłam pierogi. Znów. Znalazłam idealne rozwiązanie- i ładne, i szybkie, i smaczne.

Mąkę zalewa się wrzątkiem (w misce) i miesza się łyżką. Czekamy, aż ostygnie. Potem dodajemy żółtko, wyrabiamy ciasto (na pewno będzie wymagało dodania jeszcze mąki). Ciasto dzielimy na części, rozwałkowujemy cieniutko. Wykrawamy koła. Nadziewamy farszem, wkładamy do garnka z wrzącą wodą, aż wypłyną do góry. 

Farsz: gotujemy ziemniaki. Gnieciemy je z twarogiem w proporcji 3:2. Dodajemy usmażoną na brązowo cebulkę (całą, mała lub dużą, w zalezności od ilości farszu). Doprawiamy solą i pieprzem.

 

Gotowe!!!

Prawda, że proste? I szybkie, i pyszne... :)

Żółtko zagwarantuje piękny, złocisty kolor. Gdyby dodac całe jajko, ciasto byłoby twarde: żółtko zmiękcza, białko usztywnia- warto zapamiętać ;) Do mielonego też dodaję tylko żółtko, wtedy jest pulchny i miękki klopsik :)

wtorek, 18 listopada 2014

Dziś już konkretnie powiało chłodem. Śniegu nie ma, mrozu też nie, ale tak przeraźliwy chłód przenika przez płaszcz, że jedyne, na co mam ochotę, to znaleźć się pod kołdrą w swoim łózku. Po nieprzespanej nocy. Tak, tak, syn dziś prawie nie spał, idą mu "czwórki" i :trójki", więc możecie sobie wyobrazić, co przeżywamy. Ale nie złościłam się na niego. Tuliłam, kochałam, całowałam, uspokajałam...przecież musi przeżywać katusze, skoro płacze, spać nie może i ma temperaturę.

Przed chwilą natomiast wróciłam ze sklepu zoologicznego. Nie, nie mamy zwierząt. Córka ma Łatka- pluszowego przyjaciela w postaci zabawnego pieska- brązowego w kremowe łatki. Zaczęło się od tego, że swojego "prawdziwego" Łątka zgubiła i mimo pogłębionej akcji poszukiwawczej nie udało się go odnaleźć- pewnie chwyciło go jakieś dziecko, a szanowna mamusia nie miała nic przeciwko zagarnięciu czy przywłaszczeniu...tu wielki apel- DRODZY RODZICE! Gdy znajdziecie czyjąś maskotkę, nigdy nie macie pewności czy nie jest to TA JEDYNA dla jakiegoś dziecka- nie zabierajcie, odnieście w bezpieczne miejsce, np. do rejestracji w przychodni. Tak więc znalazłam Łatka podobnego, ale mniejszego. Na "Zająca" Łatek dostał obrożę z tabliczką- telefonem kontaktowym do córki oraz adresem zamieszkania i- imieniem, oczywiście, Łatka. Teraz, na Mikołaja, dostanie też smycz- by był zawsze gotów na spacery i nigdy więcej się nie zgubił.

piątek, 14 listopada 2014

Właśnie!

Muszę się z Wami podzielić przepysznymi nogami z gęsi. A właściwie przepisem na takowe.

Przepis mojego autorstwa. Jako, że nie lubię trzymać się sztywno ram i wyznaczników, sama eksperymentuję w kuchni i- stwierdzając nieskromnie- świetnie mi to wychodzi, a im odważniej się posuwam, tym lepsze wychodzą mi potrawy.

Składniki:

2 nogi z gęsi

2 marchewki

1 pietruszka korzeń

kawałek selera

natka pietruszki

1 jabłko

1,5 główki czosnku

sól, pieprz

odrobina martini bianco (lub zamiennik)

 

Gęś nacinamy na skórze w kratkę, przyprawiamy solą, pieprzem i skrojonym w kosteczkę lub startym czosnkiem (z połowy główki) z obu stron. Odstawiamy.

Warzywa kroimy w kostkę, układamy na dole brytfanny. Jabłko przekrajamy na 4 części i układamy co kawałek po bokach naczynia. Główkę czosnku przepoławiamy w łuskach, nie obieramy i kładziemy po połowie z obu stron naczynia.  Po środku kładziemy nogi z gęsi odwrócone skórą do dołu. Podlewamy ok. o,5 szklanki martini, dolewamy ok. 0,5 szklanki wody i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika na ok. 200 st.

Po 2 godzinach odwracamy nogi skórą do góry i pieczemy do osiągnięcia ładnego, brązowo złocistego koloru (do ok. godziny, po ok. 0,5 godz powinno być już gotowe), potem przykrywamy i jeszcze pod przykryciem możemy piec ok. 0,5 godziny. W razie potrzeby można podlać jeszcze odrobinę- wg uznania- jeżeli potrawy nie spożywają dzieci, może być martini, jeżeli dzieci będą jadły z nami- podlejmy wodą. 

Na koniec wrzucamy do gęsi ziemniaczki w ćwiartkach (ja wrzuciłam kupione ćwiartki do pieczenia- znajdziemy je przy frytkach) i pieczemy aż ziemniaczki będą gotowe.

 

SMACZNEGO!!!

Siedzę z komputerem na kolanach. Syn śpi, córka w szkole. 

Zastanawiam się, czy dobrze wychowuję swoje dzieci. Niedługo święta, chciałabym stworzyć magiczny nastrój, ale zupełnie nie wiem, od czego zacząć, macie jakieś propozycje?

Cieszę się, że moje dzieci wierzą w Gwiazdora. Co roku przychodzi, bierze ich na kolana i córka mówi jakiś wierszyk. Stresuje się bardzo, ale potem jest szczęśliwa, że Święty Mikołaj odwiedził ją osobiście. Że znalazł dla Niej czas. 

Włączam jej Polarny Express i Małpiszon i Gwiazdka, by wprowadzić świąteczny nastrój, ale to bajki przeznaczone na grudzień. Kupiłam książkę z 24 opowieściami na każdy dzień grudnia aż do samej Wigilii Bożego Narodzenia, na którą przeznaczone jest specjalne opowiadanie.

Nie kupuję kalendarza adwentowego, bo nie chcę córce codziennie fundować dawki czekolady, a kalendarze do samodzielnego wypełnienia różnymi pierdółkami wydają mi się bez sensu, potem te pierdółki fruwają po całym domu i zasilają tylko zasób śmieci domowych.

Zawieszę lampki przy kuchennej futrynie, żeby wieczorem był magiczny nastrój, ale to dopiero po 6 grudnia. Na 6 grudnia mam już dla dzieci prezenty, tego dnia idziemy też z nimi do parku zabaw, żeby się wyszalały cały dzień i spędzimy wspólnie ten magiczny dzień.

Lubię ten czas. Z drugiej strony nie lubię tego zimna. Wstając codziennie z córką i idąc do szkoły jeszcze nie jest aż tak źle, ale z dnia na dzień zimniej, a potem aż boję się wystawić nos za drzwi...ale trzeba będzie.

niedziela, 09 listopada 2014

 

 

Mamusie, mogłabym Was poprosić o oddanie głosu na mojego szkraba w konkursie Bobovity?

https://www.bobovita.pl/home/klub/galeria/87779

 

Dziękujemy!!!

08:38, matkapolka88
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 listopada 2014

No więc, powiedzcie, jak żywić dziecko?

Młodszy ma rok z kawałkiem. Rozwija się niesamowicie. Ma prawie wszystkie zęby, nie tylko chodzi, ale nawet biega, na spacerku też szaleje już samodzielnie. Z jedzeniem większych problemów nie mamy. Lubi kaszki, ziemniaczki, paróweczki, ostatnio przemycam mu pomidorka. Zupę pomidorową z ryżem je, krupniczek też. Tylko, że wybiórczo. Jednego dnia zje wszystko, kolejnego nie chce nic ruszyć. Jednego dnia zje 6 paróweczek, kolejnego nimi pluje. Jeszcze następnego wcina, aż się uszy trzęsą.

Kiedyś przy córce wyczytałam, że u dzieci liczy się jedzenie w tygodniach. jeżeli je przez 3 dni za pięciu, a przez kolejne 3 nie rusza prawie nic, to jest ok, bo liczy się bilans tygodniowy. Chyba rzeczywiście tak jest, moje dzieci mają takie "zrywy", w których jedzą tyle, że nie nadążam. Licząc tygodniowo to, co zjedzą, jestem bardzo zadowolona. Ale która mama odczuwa spokój widząc, jak biega za dzieckiem, a ono zaciska usta i koniec? Ja takich dni nie lubię. uwielbiam patrzeć, jak jedzą ze smakiem, aż widzę, jak rosną. Przecież są tak ruchliwi, że i tak cały nadmiar zaraz gubią.

Z córką takich problemów nie ma. Co jakiś czas przemycam jej masło na chlebek zamiast margaryny. Zdrowsze według jego zwolenników, zbyt tłuste według przeciwników, na pewno ma sporo wartości odżywczych, ale też szkodliwy tłuszcz, dlatego kupuję raz na 2-3 miesiące kostkę masła i wtedy dostaje chlebek do szkoły z masłem. A co, zaszkodzić, nie zaszkodzi, a jak ma pomóc, to proszę bardzo.

Do picia- młodszemu Bobofruty lub woda. Starszej- woda lub herbatka. Albo woda z syropem malinowym Łowicza. Więc ani zdrowo, ani niezdrowo. Nie przesadzajmy, jak nie teraz, to za kilka lat i tak będą mieli styczność z niezdrowym jedzeniem. To "niezdrowe" i tak dociera do nich w powietrzu. W tym, co dostają w szkole. W mleku, które nie jest wcale zdrowe. Nie ma co przesadzać i chuchać na dziecko, bo potem wychodzą z tego alergicy. A cukrzyca, nadwaga, depresja i choroby psychiczne stały się chorobami cywilizacyjnymi, na które wcale nie żywienie ma największy wpływ, ale szybkie tempo życia i stres, czyli nasi nieodłączni przyjaciele obecnych czasów. Nie dmucham na dzieci aż tak, żeby wykluczyć całkiem cukier, sól, konserwanty. Musiałabym wszystko sama gotować i wyrabiać, łącznie z wędlinami i chlebem, żeby mieć pewność. A potem pójdą do szkoły i się zatrują "normalnym" jedzeniem. Nie wyrządzajmy naszym dzieciom krzywdy w przekonaniu, że działamy w ich obronie i dbamy jak najlepiej potrafimy. 

Drażnią mnie matki biegnące ze smoczkiem upadłym na ziemię pod wodę, najlepiej pod wrzątek. Kiedy to dziecko ma mieć stycznoćć z bakteriami? Ile będziecie to dziecko tak chronić? Ile dacie radę? 5 lat, do zerówki? Potem w szkole dostaną chlebek, dostaną mleko czy warzywa, których i tak nie myją, tylko jedzą jak leci. I co wtedy będzie z Waszym dzieckiem? Problemy żołądkowe. Oby tylko. Alergie, wstyd i nieszczęście. Ciekawe, jak Wy, Drogie Mamy, byście się czuły w grupie rówieśników, nie znając smaku "normalnego" jedzenia, nie mogąc niczego zjeść, co nie pochodzi z "mamusinej" kuchni, bo zaraz pojawiają się problemy....

No, to się trochę rozpisałam, i to wcale nie na zamierzony temat...ale cóż, przynajmniej wyrzuciłam z siebie to, co mi na sercu leży.

Odrobina ZDROWEGO rozsądku.

niedziela, 02 listopada 2014

Jestem pod wrażeniem filmu "Nad życie", biograficznego filmu o Agacie Mróz...ależ w nim emocji, smutku, strachu, ale też wiary i pewności siebie. Nie zamierzam jednak pisać recenzji filmu, ponieważ kto widział, wie, co mam na myśli, co czuję, a kto nie widział- jeżeli zechce, obejrzy. I nie pożałuje.

Film uświadamia nam, jak wiele mamy i jak niewiele doceniamy na co dzień. Gdy patrzę na t moje dwa szkraby, które kręcą się pod nogami, gdy patrzę w te ufne spojrzenia błękitnych oczu, gdy jestem ich skarbnicą wiedzy, gdy pytają i słuchają, kiedy im o czymś opowiadam...o rzeczach codziennych, banalnych, jednak dla nich tak nowych, świeżych, niesamowitych... Uświadamiam sobie wtedy, że mam dwa największe skarby w życiu- dwa maleńkie życia, które pokładają we mnie nadzieję, które chcą dzielić ze mną swoje radości i smutki, które rano wszkrabują nam się do łózka, by dać po dwa buziaki każdemu z rodziców i iść dalej się wspólnie bawić...Mimo tak dużej różnicy bawią się razem. Ale naprawdę razem, nie każde z osobna, potrafią bawić się wspólnie. Gdy widzę, jak pędzą do mnie, by usiąść na kolanach i przytulić się do mojej szyi i czuję ciepło ich oddechu i widzę, że już im lepiej...tylko dlatego, że są przy Mamie... Niesamowite jest to uczucie. Obezwładniająca miłość, ogromna nadzieja, bezgraniczna odpowiedzialność...Kocham ich nad życie i wiem, że za każde z nich oddałabym wszystko. Patrząc na nich wiem, że gdybym znalazła się w sytuacji Agaty Mróz, moja decyzja byłaby taka sama. Nie wiadomo, ile jej życia zostało, ale to dziecko życie dopiero zaczynało. Wiele lat jest przed jej córeczką. Wiem, że też dałabym nowe życie, zamiast walczyć o swoje, i tak kruche. To była prawidłowa decyzja. I nie- nie jest to unieszczęśliwianie dziecka, bo zostało mu jeszcze coś ogromnego- miłość Taty. Oczywiście, że to dużo. Że wystarczy. Żeby dziecko było naprawdę szczęśliwe, nie jest ważne czy wychowuje je jeden rodzic, czy oboje. Ważne, czy ten rodzic je słucha, wspiera, kocha nad życie i naprawdę czuje, że jest spełniony, potrzebny i czuje instynkt rodzicielski, który jest niezbędny dla osiągnięcia pełni szczęścia z tego rodzicielstwa. Czasem jest tak, że nie od razu ten instynkt się czuje. Czasem potrzeba czasu. Ale jeżeli nie budzi się on u rodzica w takim czy innym czasie, nie ma szans na sukces. Wtedy dziecko nie będzie maksymalnie kochane, maksymalnie słuchane, maksymalnie zadbane i szczęśliwe. I nieważne, czy ma jednego rodzica, czy oboje- jeżeli nie czują tego instynktu, nic z tego nie będzie.

 

Agata była szczęśliwa, bo zostawiła swojemu ukochanemu mężowi największy skarb, jaki można w życiu osiągnąć- upragnione, ukochane dziecko. Wiedziała, że zostawia dwie najukochańsze dla siebie osoby, mogła mieć pewność, że taką samą miłością obdarzą siebie nawzajem. 

 

Patrzę wiec w te błękitne, wielkie ślepka dwójki moich dzieci i chce mi się krzyczeć, wrzeszczeć z radości na cały głos, chce mi się płakać i gryźć z miłości i spełnienia, bo nie wiem, jak inaczej wyrazić te uczucia. Wyrażam je codziennie bliskością, dbałością i miłością w stosunku do moich dzieci i męża, ale tych uczuć jest tak wiele, że wciąż są sprężone w niesamowitej ilosci w moim ciele, w mojej duszy.

I nie czuję się dziwną matką, gdy nie mam ochoty na imprezy i chodzenie po znajomych. mamy swój azyl- nasz dom. DOM pełen miłości. Jeżeli mam ochotę- zapraszamy znajomych, ale wiem, że dzieci idą o stałej porze spać we własnych łóżeczkach. Mam świadomość, że są bezpieczne i spokojne, bo wiedzą, gdzie są i, że jesteśmy tuż za ścianą. Może to dziwne, ale nie potrafiłabym wyjść na imprezę i zostawić je z kimkolwiek. Po prostu, nie mogę nacieszyć się ich widokiem i to jest absolutnie niezależne ode mnie. Uwielbiam budzić się ze swiadomością, że są tuż obok, że zaraz przybiegną z uśmiechem dać mi całusa. 

To jest największy skarb i największa tajemnica życia- zdobyć taką miłość, by wypełniała nas od wewnątrz.

 

Agata była w moim wieku.....

poniedziałek, 29 września 2014

Dziś za sprawą mojej córki szklanka (nic, że moja ulubiona, wysoka do kawy z ekspresu) sprawdzała, czy potrafi latać, a za sprawą mojego syna kaktus sprawdzał, czy w ziemi ma nóżki..... Z tego wszystkiego żaba (taka ceramiczna, na patyku, do kwiatka) straciła głowę.... Odkurzacz dziś po prostu fruwał po mieszkaniu. 

Widzę, że teraz nastaje etap zrzucania, ściągania i zabierania wszystkiego co możliwe.

Stąd apel do rodziców takich maluchów: zabezpieczajcie wszystko, zabierzcie rzeczy z parapetu, które Wasza pociecha może ściągnąć, zmieńcie na jakiś czas obrus (moze serweta Wam się sprawdzi?), a nade wszystko: strzeżcie dziecko przed kuchnią. Dzieci nie wiedzą, że jak wsadzą rękę w gaz albo przytulą się do rozgrzanego piekarnika, to coś im się stanie....nie wiedzą, że szklana pokrywka garnka to bardziej niebezpieczeństwo niż fajna zabawka. Że szklanka nie może latać, a talerz nie może działać jak ten od perkusji....

Pilnujcie swoje pociechy, odsuwajcie szklanki z gorącymi napojami daleko lub wysoko, bo blizna po takim poparzeniu zostaje na całe życie.

piątek, 26 września 2014

Wiele osób pyta o to, jak należy wychować dziecko.

Nie ma czegoś takiego jak norma wychowania. Jak szablon, według którego należy postępować.

Tak, jak dzieci są różne, tak metody wychowania stosowane w stosunku do nich powinny być zróżnicowane. Tymczasem jedna matka pyta 20-stu innych co ma zrobić np. z buntem dwulatka. Nie ma jednej odpowiedzi!!! Nie ma, bo dzieci tych 20 kobiet są inne niż dziecko tej matki pytającej. Tamte poradziły sobie w taki czy inny sposób, ale nie mówione, że zadziała to w przypadku naszego dziecka. Pewnie, że można próbować, tylko po co eksperymentować na własnym dziecku przysparzając mu przy tym dezorientacji i niechęci do postępów?

Najważniejsza jest konsekwencja od początku, ale nie za wszelką cenę, może dziecko nie płacze, bo chce coś wymusić, tylko zwraca uwagę swojej mamy, która go wciąż zbywa, zajmując się swoimi sprawami?

Mamy, dlaczego siedząc w domu robicie wszystko dla siebie: ćwiczycie, czytacie książki i Bóg wie co jeszcze, a nie korzystacie z tych chwil, żeby spędzić je wspólnie ze swoją pociechą? WSPOLNIE. Nie obok siebie, a jak Wy zajmujecie się sobą, a dziecko sobą, to to jest OBOK. Zwróćcie uwagę na swoje dziecko, bo zaraz okaże się, że wcale go nie znacie. Nic o nim nie wiecie. A zaraz nie będzie miało dla Was czasu. Ani ochoty z Wami rozmawiać, bo nauczycie je ignorowania drugiej osoby, bo przecież KAŻDY SOBIE....to chyba jest klucz do wychowania.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10